Historia

 

Wysiedlenia Juszczynian w świetle historii mówionej mieszkańców

W Juszczynie, niewielkiej wiosce, położonej na terenie Beskidu Żywieckiego wciąż żyją świadkowie historii z czasów II wojny światowej oraz lat poprzedzających jej wydarzenia. Sytuacja ta sprawiła, że w świadomości społecznej utrwaliły się różne obrazy z omawianych czasów prezentujące różnorodne oblicza tamtejszych realiów. Niejednokrotnie przywoływane przez informatorów obrazy znacznie różnią się od tych, które my, młodzi ludzie poznawaliśmy na lekcjach historii. W rozmowach z Juszczynianami można odnaleźć zarówno pozytywne, jak i negatywne wizerunki prześladowców, które wynikają z osobistych doświadczeń świadków historii. W niniejszej pracy, nie skupiam się jednak wyłącznie na historii z okresu II wojny światowej. Jednym z najbardziej interesujących aspektów prowadzenia wywiadów z Juszczynianami jest możliwość usłyszenia znanych historii z zupełnie innej perspektywy. Każdy informator, z którym rozmawiałam opisywał własne przeżycia, osobiste opowieści, które szczególnie zapisały się w jego pamięci.

Zanim jednak zacznę omawianie wywiadów, w skrócie wyjaśnię czym jest historia mówiona i w jakim zakresie wykorzystałam założenia tej dyscypliny naukowej w niniejszej pracy. Oral history – bo tak pierwotnie nazywano tę dziedzinę badawczą zanim zainteresowali się nią polscy naukowcy, którzy dosłownie przetłumaczyli wspomniane wyrażenie na termin historia mówiona, to nauka szczególnie rozwijająca się na podłożu społecznym. Bardzo trudno przyporządkować historię mówioną do jednej, wyraźnie określonej dyscypliny naukowej. To działalność naukowo – społeczna, na co składa się wiele czynników, zarówno forma prowadzenia badań – najczęściej indywidualna, a co za tym idzie różnorodna i wieloaspektowa oraz możliwość wyboru niemalże każdego tematu lub wątku z przeszłości danego rozmówcy. „Oral history nie jest przede wszystkim poszukiwaniem nowych faktów, lecz raczej zdarzeniem interpretacyjnym, w którym rozmówca musi skondensować swoją historię do kilku godzinnej narracji, dokonując selekcji opowieści, decydując – świadomie i nie – co i jak opowiedzieć. Wywiad jest przywołaniem w teraźniejszości zapisanego w pamięci świadectwa przeszłości. Jest aktem pamięci zależnym zarówno od momentu, w którym się odbywa, jak i od historii, której dotyczy”[1]. Historia mówiona, poprzez świadomą rozmowę na temat wybranych aspektów doświadczanej przeszłości, pozwala zaobserwować badaczowi to, które fakty stają się istotne dla społeczeństwa, które zachowały się w ludzkiej pamięci bardziej niż inne, a z jakich podświadomie rezygnujemy, by nie zaburzać obrazu świata budowanego od pokoleń. Tylko niektóre wymiary przeszłości społeczeństwo uznaje za historycznie istotne i przekazuje je dalej w określonym celu, czy to dla funkcji ludycznej (jak w przypadku gawęd, pieśni, które tworzone były często dla rozrywki), wychowawczo- etycznej (baśni, bajek, legend) lub też aby nakreślić modelowe życie wspólnotowe, aby kłaść nacisk na rolę tradycji i więzi grupowej[2] i tym samym charakteryzować regionalizmy, chronione przez mieszkańców danej miejscowości. Jak twierdzi Jerzy Bartmiński[3], historia mówiona to właściwie nic innego jak zapisywanie tekstów mówionych, które zostały wzięte od ludzi „prostych”. W rozumieniu Bartmińskiego „ludzie prości” to z reguły ludzie niewyspecjalizowani w danej dziedzinie naukowej. Według badacza, niegdyś były to głównie grupy ludzi zamieszkujące tereny wiejskie. Należy podkreślić jednak fakt, iż prace badawcze realizowane pod kątem historii mówionej nie ograniczają się wyłącznie do jednej tematyki. Mają one, jak określa to sam Bartmiński, interdyscyplinarny zasięg, czyli obejmują wiele nauk badawczych m.in. antropologię, folklorystykę, etnologię, prawo, historię literatury, edukację, socjologię itp., a więc niemal każdy rodzaj nauki z dziedzin humanistycznych[4]. Naukowcy wskazanych wyżej dyscyplin, bardzo odmiennie traktują owo zagadnienie. Historycy w przekazach mówionych zwracają szczególną uwagę na treść. W historiach przedstawionych przez rozmówcę właściwa treść ma dla nich niebagatelne znaczenie. Natomiast folkloryści są bardziej nastawieni badawczo na formę jaką przybierają owe przekazy ustne. Interesuje ich poetyka tych tekstów, głównie stosowany przez informatorów sposób narracji. Te aspekty stają się dla folklorystów niedosłowną odpowiedzią na pytania o postrzeganie i kreację świata rzeczywistego. Różnica w obu podejściach dotyczy głównie kształtu i specyfiki funkcjonowania danego tekstu w przekazie ustnym, a więc najogólniej mówiąc innego rozumienia zasłyszanego tekstu.

W historii mówionej niezwykle istotną rolę odgrywa przekaz ustny. Niewątpliwie zmienia on perspektywę badawczą. Wydawać by się mogło, iż historia mówiona, która dopuszcza zapis wypowiedzi wierny pod względem słownictwa, morfologii i składni (zwłaszcza przez folklorystów i etnolingwistów) jest wystarczająca, aby poznać opisywane zdarzenie. Jednak w porównaniu z kontaktem bezpośrednim naocznych świadków, zmienia się doświadczenie badacza, który odczytuje zapis. Ta perspektywa daje mu inny punkt widzenia na, zdawałoby się, te same opisane historie i wydarzenia. Oczywiście należy zwrócić uwagę, że pomimo charakterystycznej prostej rozmowy powadzonej z informatorem, badacz ma możliwość „dyskretnego” prowadzenia dialogu. Zrozumiałym jest, iż nie każdy aspekt historycznej przeszłości będzie równie znaczący dla danej dziedziny naukowej, dlatego historyk ostrożnie ukierunkuje dialog w zupełnie inną stronę niż etnomuzykolog. Przy pomocy takiego rodzaju nakierowanego wywiadu opowiadający możliwie najbardziej samodzielnie, bez zadawania mu pytań, buduje narracje i kształtuje własną opowieść na temat interesujący badacza.  Jeżeli badacz zanadto „wtrąca” się do rozmowy – narzuca własny tok myślowy – może to znacząco wpłynąć na wypowiedź informatora, dlatego tak istotne jest, aby osoba prowadząca obustronną relację wykazywała niejako postawę pewnego rodzaju bierności. Jak zostało już wspomniane, głównym celem historii mówionej jest odkrywanie tego, co nabrało znaczenia w oczach naszego rozmówcy. Te znaczenia są subiektywnym obrazem osoby opowiadającej i właśnie one stanowią ogniwo zainteresowań badacza. Nie jest to bowiem suche przywołanie faktów, ale opowieść o własnej przeszłości, któremu znaczenia nie przypisały zobiektywizowane książkowe fakty, ale indywidualne przeszłe doświadczenia.

Dla lepszego zrozumienia i poznania mentalności mieszkańców Juszczyny konieczna jest choćby pobieżna znajomość przeszłości tej wsi. Pominę jednak wątki historyczne z przed czasów II wojny światowej, gdyż nie mają one większego znaczenia dla potrzeb niniejszej pracy. Omówię i skonfrontuję z wypowiedziami informatorów te czasy, których wydarzenia najczęściej zapamiętywane były przez mieszkańców wsi.

Zacznę od okupacji Żywiecczyzny, która to w czasie II wojny światowej rozpoczęła się tuż po rozpętaniu konfliktu. Miasto zostało zajęte już 4 września 1939 r. a nieco ponad miesiąc później, dokładnie 8 października Żywiecczyznę wcielono do tzw. Prowincji Śląskiej II Rzeszy Niemieckiej[5]. Podjęte przez Generalną Gubernię decyzje dotyczące stosunku okupantów do ziem wcielonych sprawiły, że mieszkańcy ziemi żywieckiej musieli w bardzo krótkim okresie zmienić całkowicie swoje dotychczasowe życie. Dokładnie sprecyzowany plan germanizacji Żywiecczyzny uderzał w każdą sferę życia – nawet codziennego. Każdy przejaw określenia się jako Polaka, oznaczał deportację lub wysyłki na przymusowe prace w Niemczech. Na Żywiecczyźnie przynależność do narodu polskiego określiła wówczas zdecydowana większość, bo aż 96% ówczesnej ludności. Władze niemieckie w Berlinie stwierdziły w tej sytuacji, iż dokonanie germanizacji na wspomnianym terenie musi zostać spotęgowane poprzez wysiedlenia mieszkańców wsi, deklarujących się jako ludność polska i osiedlenie na ich miejscach niemieckich osadników. Plan ten został zaakceptowany i nazwany Akcją Żywiec (stąd w języku niemieckim Saybusch Aktion). W tej akcji Juszczyna nie była wsią odosobnioną. Ucierpiało w niej wiele rodzin z całej Gminy Radziechowy – Wieprz, ludność z każdego zakątka Żywiecczyzny i terenów Polski.

W celu osiedlenia niemieckich wysłanników w jak najlepszych gospodarstwach, władze niemieckie dokonywały selekcji rodzin, które zmuszane były do pozostawienia całego swojego dobytku. Policjanci często działali z zaskoczenia, budząc rodziny nawet o godzinie 5 rano, by oznajmić, iż mają oni ok. 15-30 min. na spakowanie się w podróż. Wręczano nakazy opuszczenia domostwa, zabraniając przy tym zabrania ze sobą żywego inwentarza, pierzyn, przedmiotów drogocennych itp. Pozwalano jedynie spakować jedzenie na drogę, ciepłe odzienie czy koce. Przygotowywano specjalne obozy przejściowe w pobliżu miejsca zamieszkania wysiedlonych, gdzie czekali oni na dalsze instrukcje. W Żywcu istniały dwa punkty zborne, w których przeprowadzano dodatkową rewizję i odbierano cenniejsze przedmioty, oraz rozdzielano ludzi na grupy nadając im numery wagonów, które ich przetransportują. Pierwszy punkt znajdował się w szkole w Zabłociu, drugi został zorganizowany w budynku Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Z tych punktów przewożono okoliczną ludność pociągiem towarowym do różnych miejscowości, najczęściej zniszczonych, biednych czy zaniedbanych. Transport ludności odbywał się w nieludzkich warunkach. Wagony były przepełnione i nieszczelne, w związku z czym dochodziło wówczas do wielu zgonów z głodu czy zimna.

Historie z życia dawnych lat dziecięcych, młodzieńczych wyzwalały często bolesne wspomnienia wśród mieszkańców Juszczyny. Dla wielu najgorszy był sam moment wysiedlenia i wieść o tym, że trzeba opuścić cały swój dobytek, dom rodzinny. Dręczyła ich myśl, że mogą już w to miejsce nigdy nie wrócić. Tak wspomina moment wysiedlenia Pan Józef, który spędził na „wygnaniu” cztery lata swojej młodości:

„Do wysiedlenia bylimy wyznaczeni wcześnij. Kto mioł gdzie uciec to uciekał całymi rodzinami, do Trzebini, nabo do rodziny w górze wsi… Moją rodzinę Niemcy zastali w domu. Rozkazali spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zabralimy pierzynę, worek suchego chleba i trochę mąki… Każdy dźwigoł jakiś tobołek. Ja musiałem nosić kuferek- mama zapakowali do niego jakieś leki, zioła, dokumenty, krzyzyk z Panem Jezusem i łobrazek Matki Boskiej. Miałem wtedy 6 lat, a pamiyntom wsytko, jakby to było wcora… Załadowali całą naszom rodzinę: matkę, ojca, dwie siostry i mnie przed domem, do takiego auta ciężarowego z plandeką i wieźli do góry wsi. Późnij zaś ciynżarówkami dowieźli nas do Żywca na kolej, potem w wagonach takich „krowiokach” jechalimy prosto do Sandomierza i dalej na stację Wilczyce. Tam przyjechały po nas furmanki z gospodarzami u których mielimy zamieszkać i sołtys wsi. Wioska była mało, nazywała się Kichary Stare. Najpierw były Kichary Nowe, a potym Stare, to pamiyntom. Moja rodzina dostała taki dom, ka były ino trzy ściany wymurowane z kamieni, a czwarta była wyryta w glinianym brzegu. Straśnie było tam cuć wilgoć, woda loła się po ścianach. Tata był zaradny, to naciosali gałynzi z wiyrbiny i zrobili łóżko do spania i stół. Pamiyntom, ze łod tej wilgoci, to za jakisik cas te gałynzie wierzby wypuściły liście”[6].

Nic więc dziwnego, że okres wysiedleń szczególnie zapisał się w pamięci mieszkańców, zwłaszcza świadków owych scen deportacji. Warto podkreślić, iż w znacznej większości Juszczynianie zapamiętali tą rzeczywistość jako świat budowany na ludzkiej krzywdzie i niesprawiedliwości. Do wysiedlenia na terenie wsi Juszczyna doszło nad ranem 31 października 1940. Jak podają źródła historyczne wiedział o nim jedynie ówczesny sołtys wsi Jan Twardysko, który miał wcześniej wskazać i opisać najbogatsze gospodarstwa w wiosce. Informatorzy sądzą, iż to właśnie dzięki niemu wieść o wysiedleniach rozniosła się wśród mieszkańców Juszczyny i mogli oni odpowiednio przygotować się do transportu, pakując wcześniej najpotrzebniejsze rzeczy. W sumie z terenów Juszczyny wysiedlone zostały 334 osoby z 64 rodzin. Po dwóch dniach spędzonych w obozie przejściowym w Zabłociu, czyli 2 listopada, odprowadzono ich na stację kolejową w Żywcu, skąd zostali wywiezieni przez Łódź i Ostrowiec do Sandomierza. Stamtąd zaś rozwieziono ich do biednych okolicznych wiosek, gdzie pomieszkiwali kątem wśród miejscowej ludności[7]. Fakt ten potwierdziło wielu informatorów, min. Pani Anna Jura i Wiktoria Chowaniec, które dopiero w rok po zakończeniu wojny wróciły w rodzinne strony:

„Wywozili nas w jesieni, w listopadzie. Załadowali do ciężarówek i zawieźli do Żywca. Potem wieźli nas pociągami do Sandomierza, stamtąd do Klimontowa i podwodami (furmankami) do Kroblic. Każdy miał wyznaczone do jakiej wsi ma trafić. Było to dla mnie straszne, miałam wtedy 7 lat.  W Juszczynie mieliśmy nowy dom. Trzy lata w nim mieszkaliśmy. A tam gospodarz wcale nie chciał nas przyjąć.  Furman nas wyłożył i zostawił.  Staliśmy pod płotem, każdy ze swoim tobołkiem. Dopiero kiedy z Klimontowa przyjechał sołtys i jakaś władza, to nas wpuścili do tego domu.  Było to takie pomieszczenie może 3 na 4 metry, wybudowane z kamienia, taka rudera, stajnia nieużywana”[8].

„W jesieni wysiedlali. Był początek listopada, jaszcze buraki mieliśmy nie wyrwane. Zabraliśmy pierzynę i nojbardzij potrzebne rzecy. Ładowali nas do ciężarówek. Najpierw zawieźli  do Żywca, a potem  dalej, pociągiem do Częstochowy. Tam nam kazali się nam porozbierać i wykąpać w łaźni. Dali nam mydło, takie brzydkie, szare. Myśleliśmy, że idziemy na śmierć. Ale potem kazali się nam ubierać i ładowali nas do pociągu. Przyjechalimy jaze za Sandomierz, na stację Wilczyce. Cekały na nas furmanki z gminy. Przydzielili nas do wsi Nowe Kichary. Mieszkaliśmy w domu razem z gospodynią. Mieliśmy jedną izbę. Mama chodzili do gminy z prośbą, żeby nas gdzie indziej przenieśli. Przenieśli nos do Starych Kichar. Tam nom było lepij”[9].

Na opuszczone gospodarstwa w Juszczynie sprowadzano niemieckich osadników, którzy otrzymywali ziemię wraz z inwentarzem i zabudowaniami w łącznej liczbie 15-30 ha. Stawał się więc właścicielem domostwa i roli stanowiącej wcześniej własność trzech gospodarzy. Wysiedleni z kolei musieli na nowo zbudować sobie dom, często przerabiając stare szopy lub odnawiając zniszczone budynki. Według źródeł niemieckich z 64 majątków wysiedlonych z terenu Juszczyny utworzono 25 gospodarstw dla rodzin osadników niemieckich. Niektórzy z wysiedlonych z Juszczyny próbowali wrócić do wioski. Jednak po dwutygodniowym pobycie w rodzinnej wiosce ponownie wywożono ich, tym razem w zupełnie inne okolice niż poprzednio. Dopiero po zakończeniu II wojny światowej rodziny wysiedlonych powracały na ojcowiznę. Zdarzały się i takie rodziny, które zorganizowały sobie życie w powojennej Polsce na tych terenach, na które zostali wygnani, gdzie przeżyli niejednokrotnie najcięższe chwile w swoim życiu.

Jak podkreślali informatorzy, na terenach, do których zostali wysłani była straszna bieda. Żywiecczyzna pod tym względem również nie należała do bogatych regionów – uznawano ją raczej za biedną. Jednak Juszczynianie – jak opisuje to sam Pan Józef – byli na tyle zaradni i pracowici, że potrafili nie tylko przygotować miejsce do życia dla siebie i rodziny, ale także dorabiali pomagając tamtejszej ludności, która wielu rzeczy nie potrafiła, a dla Juszczynian było podstawą.

„Piwnice, to u nich nazywano „doły”. Były to dosyć walne doły wykopane w ziemi i przykryte gałynziami i słomą. Tam przetrzymywali plony. Tata pracowali łu gospodarza. Wykopali mu taki dół w ziemi i z gliny zrobili tam schody. Po tych schodach wygodniej wszystko się znosiło i wynosiło. Potem każdy chciał mieć takie schody do tych „dołów”. No to tata kapke tam zarobili na tych schodak i zaś było na jedzyni dlo nos”[10].

Pomiędzy Juszczynianami, a ludnością z terenów, które chwilowo zamieszkiwali występowało jeszcze więcej różnic ‘cywilizacyjnych’. Informatorzy dość często to podkreślali. Prawdopodobnie te antagonizmy miały ukazywać odrębność etniczną, czyli inne pochodzenie Juszczynian, nazywanych tam „wygnańcami”, ale też prezentować wyższość jednych nad drugimi.

„W domach tam nie było podłóg ino klepisko! Tu na Juszczynie to każdy już mioł podłogę. Tata umieli zrobić podłogę, totez sołtys wzion ik i pojechali po deski, oheblowali, no i zrobili w domu sołtysa jedynom we wsi podłoge![11]

Znamienne, że w opowieściach na temat tamtejszej ludności nie pojawiły się żaden wyróżniający ją lub pozytywny akcent. Natomiast niemal w każdej wypowiedzi informatorzy podkreślali, jak rodziny „wygnańców” wyróżniały się na tle miejscowych.

„Przysłali mi z Juszczyny, na imieniny na Józefa, takie malutkie skrzypeczki. To te skrzypce tak się ludziom widziały, furore tam zrobiły, taką że ja nie mogłem się już dockać kiedy byde móg smyczkiem na nich pograj. Jak miałem komunię, to posłali mi też koszulkę i marynarkę. Mówili mi w tyn cas ludzie tak: „Jaki wygnaniec wystrojony”[12].

Inny fragment wypowiedzi pokazuje jak wysiedleni z Juszczyny byli traktowani przez ludność ich przyjmującą. Nie była ona przychylna wysiedleńcom, których taktowano jako gorszych. Być może dlatego informator tak skrupulatnie starał się przywoływać historie, w których mógłby pokazać dominację Juszczynian nad społecznością wiejską z Kichar Starych.

„Sołtys przydzielił nam litr mleka. Siostra chłodziła po nie do gospodarzy, a czasami oni sami nom je przynosili. Pote tata wykombinowali taki słój z nakrętką i jak mama nazbierali śmietany, to robiliśmy w tym słoju masło. W ten cas ludzie zaś mówili: „Wygnańcy umiom masło robić”. Śmioli się z nos, bo do tego czasu zbieraliśmy ino takie krupki z maślanki u gospodyni, i jak się uzbierało tyle jak orzech, to mama omaściła ziemniaki, albo kaszę”.

„Tata buty naprawiali. Mama  w polu robili u Wrzoska. To byli dobrzy ludzie. Ja liście buraczane zbierałam po polach, w żniwa kłuska z mamą zbieraliśmy, które zostawały na polu. Potem mama z tego mąkę mielili. Za mlekiem trzeba było chodzić każdy dzień do innego gospodarza. A mieli tam po trzy psy, to tak atakowały i szczekały na mnie. Strasznie się bałam”[13].

„Siostrę Antosię wzięli na służbę. Mama prządli u gospodyni, skubali pierze i pracowali  w polu. Jak jej dawali jeść, a ja tam przysłak, to mi nie dali. Z nimi jadłam z talerza. Tata całą zimę młócili cepami za jedzenie. Wygnańcami nas nazywali, mówili, że musieliśmy coś złego zrobić, to nas wygnali. Tacy byliśmy podejrzani. Wołali na mnie „dziewce od wygnańca”. Bolało to bardzo i ja to strasznie przeżywałam. Po dziś dzień to pamiętam”[14].

Pojawiały się jednak historie, w których to mieszkańcy Kichar Starych pomogli wysiedleńcom – najczęściej ofiarując żywność. Moment ten z wdzięcznością został podkreślany przez informatorów. Pan Józef ze łzami w oczach wspominał czas, kiedy nie brakowało im jedzenia.

„Gospodarze musieli część plonów oddać. W mleczarni zapisywali ile śmietany, mleka i masła gospodarz oddaje. Potem im płacili za to. W nocy, tamtejsi chłopi ze wsi, robili sabotaż na mleczarnię, działali też w partyzantce. Kiedyś zawołał mnie sołtys i dał mi skrzynkę masła taką, jaką wysyłali dla Niemców. Mówił, żebym ją zaniósł do domu przez sad i zboża, a nie drogą, tak żeby mnie nikt nie złapał. Mama się bardzo ucieszyli, bo mieliśmy na chleb do smarowania i do maszczenia kaszy. Najgorszy w tym wsytkim to był głód. Zakumplowałem się z chłopcami i chłodzilimy do sadów. Kiedy dojrzały wiśnie wspinalimy się na sam wiyrch drzewa i tak się najadłem, że aż sok mi z nosa kapał. Były fajne te wiśnie i taki słodki. Kiedyś, jak mi tak głód doskwierał, to poseł zek do dołu ( piwnicy) gospodarza i wzionek z tamtond sok. Roz dwa wypiłek i juz cosik w tym brzuchu było. Pote sie nie przyznołek w domu, bo by mnie zbili za to. Jak tata chodzili z cepami młócić, to juz mielimy co jeść. Jak tata chwycili cepy w trójkę, albo w czwórkę z chłopami, to gospodarze nie mogli się nadziwić jako tez to mozna tak młócić i nie poobijać się. Casym ta wynajmowali mnie do mielenio ziymnioków. Z nich pyndzili bimber. A jo stołek na stołecku i pilnowałem coby się nie przypaliło. Chciałem spróbować, ale mi nie dali. Pote jesce jak się dało to pracowołek – pasłem krowy, poiłem konie u sołtysa (…)”[15].

„Chleb sąsiedzi piekli raz na miesiąc, to się z nami dzielili. Na święta po prośbie chodziłam za plackami. Bogate bukty tam piekli. Zupę gotowaliśmy z czosnku jak nam ludzie dali. Z bratem chodziliśmy na tory zbierać węgiel, to trochę cieplej mieliśmy zimą. Mama zachorowali na zapalenie płuc i tata zawieźli ich na wozie do szpitala. Doktor się spytał ile mają dzieci. Było nas troje. Wszyscy modliliśmy się o zdrowie mamy. Ale dobre lekarstwa im dał, bo wyzdrowieli. Do szkoły rok chodziłam, bo pani nam zachorowała i potem szkołę zamknęli. Mama kupili zielony materiał i uszyli mi sukienkę. Tyle miałam nowego. Do komunii szłam w sukience po siostrze”[16].

Była straszno bieda, nie było co jeść, ani za co kupić nafty i mydła. Sołtys zbierał  nam po ludziach trochę kaszy i mąki, a ja chodziłam po domach po mleko. Czasami przeszłam wszystkie domy i nic nie dostałam. Mówili do mnie – „niedownoś była i jużeś przyszła”. Dostało się też mleko z wodą albo zbierane z kilku dni, a mama miała z tego ugotować śniadanie i kaszę na obiad. Myślałam sobie – „Boże czy ja napiję się kiedyś takiego podojonego mleka”. Takie było moje marzenie zjeść chleba z podojonym, świeżym mlekiem. Tam gdzie mama prządła, to gospodyni zapytała jej przed wigilią – „Józefowo, a co na święta będziecie piec?” A mama nic nie powiedzieli, bo nic nie mieli, tylko wodę i mąkę i tak strasznie się rozpłakali. Gospodyni przyniosła nam wszystkiego co upiekła. Wtenczas mieliśmy dobre święta, jedne za pięć lat. Po wojnie ten gospodarz, który z nami się podzielił na swięta to nas odwiedził w Juszczynie. Bardzo mu się mu tu podobało i mówił „Józefie ja wiedziałem, że z was jest dobry i gospodarny człowiek. Tak tu macie wszystkiego”[17].

Wielokrotnie Juszczynianie wspominali, jak traktowani byli w wiosce, do której zostali przesiedleni. Analizując te historie odnosi się wrażenie, że byli oni osaczeni z obu stron: z jednej realny wspólny wróg – Niemiec, z drugiej Polak z innego regionu, a więc również obcy.

„Ludzie tam byli różni. Jedni dobrzy, a inni robili nam przykrości. Zięć gospodarza musiał nam odstąpić kuchenkę i małą komórkę. Straśnie był na nas bez to zły. W nocy wseł do kuchni i napaskudził nam przy stole, no to tata pośli do sołtysa na skargę. Zięć Musioł mu to za kare rynkami posprzontać. Im tak tam zawadzaliśmy, a w Juszczynie mieliśmy chałupy i gospodarstwa. Jedni nam wierzyli, a inni nie. Myśleli, ze z nas jacyś złodzieje som”[18].

„Najpierw ludzie nas nie chcieli przyjąć, nazywali nas wygnańcami. Z biegiem czasu, jak widzieli ze tez umiemy robić, to nas szanowali”[19].

Podczas wysiedleń wielu przeżyło straszne chwile na froncie. Informatorzy wspominają jak wiele razy byli narażeni na utratę, życia. Mieszkańcy Juszczyny, którzy nie zostali wysiedleni, mieli pod tym względem dużo lepsze warunki. „Wygnańcy” nie dość, że musieli przetrwać walki na froncie, to dodatkowo nie mieli łatwych warunków bytowych na ziemiach, na które zostali przesiedlani.

„Najgorsze dla nas miało dopiero nadejść – front. Ziymia się coraz bardzij trzynsła, było słychać działa. Nasi budowali schrony. Kopali rowy na równym polu, na te rowy kładli deski z łozebranej stodoły, na górę glinę i gałęzie, na do środka słomę. Ze schronu musiały być dwa wyjścia. Z desek zrobiło sie drzwicki. Ze trzi rodziny tam się zmieściły i siedziały, no a jak się ziemia łod kul trzynsła, to trzeja było trzymać drzwicki za łajcuchu. Pamiyntom, ze jedyn łodłamek trefił w schron… Zacyno się polić. Uciekalimy drugim wyjściem. Tata wołoł, cobymy się chłowali tam gdzie pocisk już spod, bo drugi roz tam nie trefi i przykozoł, cobymy mieli buzie łotwarte to nos nie ogłuszy. Jak Ruscy z „pepechami” weśli, to chodzili i tak sie pytali się nos – Kuda German? Ale to była pułapka. Niemcy się łozstąpili, wpuścili Ruskich do środka i dopiero ich zacyni syćkik stylać. Pote Niemcy gnali nas przed sobą po polach. Po drodze, lezeli ka popadło w kopkach zboża Ruscy. Wołali ło pomoc, prosili, nale z nasej kolumny nikt nie mógł im pomóc, bo nas pilnowali. Myślelimy, ze to już koniec… Wszyjscy płakali, wszyndzie się poliło, ziemia rozwalono… Front przesedł, a prawie miały być żniwa. Pote transportowali nas do Rzeszy, do roboty. Tata podawali się za bednarza. Przywieźli nos do Katowic. I taki my mieli scynście, ze na dworcu spotkalimy wujka kolejarza, no ji łuni pokierowali nos na pociąg do Cięciny. Tam zamieszkalimy u rodziny, bo u nos jesce byli Niymcy. Dopiero po jakimsik casie wrócilimy do swojigo domu w Juszczynie”[20].

„W 1944 roku front stał i odpoczywał tam 7 miesięcy, od lipca do stycznia. Ale jak ruszył to było ciężko. Ewakuowali nas daleko. Mieszkało nas dwudziestu jeden ludzi w jednej kuchni. Co było to jedliśmy. Tam niedaleko był dwór. Chodziliśmy po polach i zbieraliśmy marchewkę, ziemniaki, bo do grudnia było bardzo ładnie. Spaliśmy na strychu. W zimie koło buzi pierzyna cała była oszroniona. Było też dużo pcheł i strasznie gryzły. Niemcy pozwolili zabrać jedną krowę na rodzinę. Ten gospodarz, który nas nie chciał przyjąć, przyszedł do taty i prosił żeby mu przetrzymali krowę, to będą mogli ją sobie zabrać. Ale tata nie chcieli. Powiedzieli, że stąd nic nie będą brać. U siebie zostawili cztery krowy, konia, świnię, kury, pełną piwnicę ziemniaków, zboże na strychu, a musieli tu  przyjechać na taką biedę. Kiedy front poszedł na zachód wróciliśmy w styczniu do Kroblic. Rodzice cieszyli się, że już będziemy wracać do domu. Wróciliśmy w 1945 roku. Trzy tygodnie jechaliśmy z Sandomierza do Bielska.  Szczęśliwie dojechaliśmy całą rodziną do Juszczyny”[21].

„Nadszedł front. Zderzyli się Niemcy z Ruskimi. Bardzo się bałam. Kryliśmy się  w schronach. Schron był wykopany w ziemi, przykryty gałęziami. Potem czołgi  przyjechały, to tata wyszli z białą flagą, żeby nas nie zmiażdżyły. Koło nas kule spadały, tylko świstało. Trupów leżało dużo, tak zabijali. Wszystko palili, domy, stodoły i sady. Chowaliśmy się za zabitym koniem. Nie płakaliśmy, już nam było obojętne. Pan Bóg nas strzegł, Matka Boska i ten krzyżyk co nosiliśmy go w kuferku. Do Romantowskich Dołów uciekliśmy przed frontem. Siedzieliśmy tam w dołach wykopanych w ziemi. Po wodę chodziliśmy z wiadrami do wioski kilometr. Trzeba było iść wcześnie rano, jak nie strzelali, bo potem nie wolno było się ruszać. Praliśmy w gilzie – była to łuska z pocisku. Mieliśmy trochę mydła, takiego rzadkiego, to mama pomydliła i tak się prało.  Z tych Romanowskich Dołów Niemcy nas pędzili przed sobą do Ostrowca. W Ostrowcu mieszkaliśmy z Niemcami w żydowskim budynku. Oni w jednym końcu, a my w drugim. Aż trzy familie. Chodziłam po prośbie za jedzeniem. Po gospodarzach chleba uzbierałam, a po kości na zupę chodziłam do niemieckiej kuchni. Na tym żur mama gotowali. Bawiłam też dziecko u Kalwata. Tam mi było dobrze, jeść mi dali. Mówili, że jestem z pańskiej rodziny. Siostra była po operacji nogi. Nie chcieliśmy jej zostawić. Bardzo dobrze zajął się ją niemiecki lekarz. To był dobry człowiek. Kiedy było jej lepiej, to mama do Arbajzajtu poszli zapytać co mamy dalej robić.  Tam jej powiedzieli, żebyśmy jechali pociągiem w stronę Katowic. Dali mamie papiery i wróciliśmy do Juszczyny”[22].

W trakcie trwania wojny lub tuż po jej zakończeniu, opowiadanie często makabrycznych historii z życia nacechowane jest emocjonalnie. Oczywiście po dłuższym okresie czasu te emocje nie znikają, nadal towarzyszą wspomnieniom, które zapisujemy już tylko wybiórczo w naszej pamięci. Pozostają te „czyste” obrazy, które nie są już przesłonięte tak wielkim bólem, stratą i smutkiem, co sprawia, że po latach można trzeźwo zrelacjonować pewne wydarzenia, przemyśleć i pogodzić się z przeszłością. Naturalnym zjawiskiem, jakie pojawia się pod koniec życia człowieka, jest wspominanie swojego życia – przypominanie sobie własnej historii i na tej podstawnie dokonanie swego rodzaju bilansu[23]. Wówczas znajduje się czas na odkrywanie tego, co dotąd przesłonięte było obowiązkami życia codziennego. Osoby, które doświadczyły skutków wojen, nie miały wpływu na to, jak potoczy się ich życie podczas wojny. Wysiedlani, przemieszczani z miejsca na miejsce, często bez dachu nad głową, ukształtowali swoją tożsamość w czasach wojny, co bardzo często uwidacznia się w późniejszych, powojennych już latach życia. Jak wspomina P. Filipkowski, te doświadczenia wojen są dla ich świadków kluczowymi doświadczeniami biograficznymi[24]. Wojna wspominana przez każdego, kto jej doświadczył przywołuje obrazy, których na co dzień nie jest się w stanie oglądać. Zwłaszcza, jeśli w okresie wojen było się jeszcze małym dzieckiem. Czas – który jak mówi przysłowie – „leczy rany”, pozwala świadkom historii zdystansować się do tego, co przeżyli. Spojrzeć innym, tym razem dorosłym okiem na pewne fakty, sytuacje, zdarzenia. Proste rodziny z Juszczyny, rodziny z gór, łączyły mocne więzi. Górale nader wszystko cenili sobie wolność, pracę na roli i z ogromnym szacunkiem darzyli ziemię. Prezentują to wypowiedzi przedstawiane w niektórych fragmentach przez informatorów. W wypowiedziach tych widać niezwykłe przywiązanie Juszczynian do ojcowizny. W niemal każdej wypowiedzi informatorzy porównują warunki, w których tymczasowo musieli mieszkać, do swojej rodowitej ziemi – Juszczyny. To umiłowanie i szacunek do ziemi były tak głębokie, że niespełna ośmioletnie dziecko zapamiętało, że przez front zrujnowana została ziemia i zboża – plony nad którymi zapewne ciężko pracowano i z niecierpliwością oczekiwano zbiorów.

 

 

 

 

 

Bibliografia:

  1. Bartmiński J.: O wartościach słowa mówionego. [W:] Historia mówiona w świetle etnolingwistyki. Red. S. Niebrzegowska-Bartmińska, S. Wasiuta. Lublin 2008.
  2. Filipkowski P.: Historia mówiona i wojna. [W:] Doświadczenie i zapis., pod red. S. Buryły, P. Rodaka, Kraków 2006.
  3. Słownik etnologiczny. Terminy ogólne. Red. Z. Staszczak. Warszawa-Poznań 1987.

W 70 rocznicę Saybusch Aktion dla zachowania pamięci przyszłych pokoleń. Wysiedlenia ludności polskiej podczas II wojny światowej we wsiach dzisiejszej gminy Radziechowy- Wieprz. Oprac. B. Husar, P. Dyrlaga. Żywiec

[1] P. Filipkowski, „Historia mówiona i wojna”, [W:] Doświadczenie i zapis., Red. S. Buryła, P. Rodak. Kraków 2006, s. 1- 2.

[2] J. Burszta, „Folklor”, [W:] Słownik etnologiczny. Terminy ogólne. Red. Z. Staszczak. Warszawa-Poznań 1987, s. 24.

[3] J. Bartmiński, O wartościach słowa mówionego. [W:] Historia mówiona w świetle etnolingwistyki., Red. S. Niebrzegowska-Bartmińska, S. Wasiuta. Lublin 2008, s. 9.

[4] Tamże, s. 16.

[5] W 70 rocznicę Saybusch Aktion dla zachowania pamięci przyszłych pokoleń. Wysiedlenia ludności polskiej podczas II wojny światowej we wsiach dzisiejszej gminy Radziechowy- Wieprz. Oprac. B. Husar, P. Dyrlaga. Żywiec 2009, s. 5.

[6] Informator  ur. 1934 r. w Juszczynie.

[7] W 70 rocznicę Saybusch Aktion dla zachowania pamięci przyszłych pokoleń. Wysiedlenia ludności polskiej podczas II wojny światowej we wsiach dzisiejszej gminy Radziechowy- Wieprz. Oprac. B. Husar, P. Dyrlaga. Żywiec 2009, s. 34-36.

[8] Informatorka ur. 1933 r. w Juszczynie.

[9] Informatorka  ur. 1934 w Juszczynie.

[10] Informator ur. 1934 r. w Juszczynie.

[11] Informator  ur. 1934 r. w Juszczynie.

[12] Informator ur. 1934 r. w Juszczynie.

[13] Informatorka ur. 1934 w Juszczynie.

[14] Informatorka ur. 1933 r. w Juszczynie.

[15] Informator ur. 1934 r. w Juszczynie.

[16] Informatorka ur. 1934 w Juszczynie.

[17] Informatorka ur. 1933 r. w Juszczynie.

[18] Informator ur. 1934 r. w Juszczynie.

[19] Informatorka ur. 1934 w Juszczynie.

[20] Informator ur. 1934 r. w Juszczynie.

[21] Informatorka ur. 1933 r. w Juszczynie.

[22] Informatorka  ur. 1934 w Juszczynie.

[23] P. Filipkowski, Historia mówiona i wojna, [W:] Doświadczenie i zapis., pod red. S. Buryły, P. Rodaka, Kraków 2006, s. 4-6.

[24] Tamże, s. 4-6.

 

Wielokulturowość w wymiarze historycznym.

W Szkole Podstawowej im. Franciszka Polaka w Juszczynie w ramach obchodów 100 – lecia powstania szkoły, nauczyciele (często rodowici Juszczynianie) organizowali zbiórkę starych przedmiotów – kałamarzy, podręczników, zeszytów itp. Ponadto, wraz z uczniami, przeprowadzali wywiady z najstarszymi mieszkańcami wsi- niejednokrotnie byli to dziadkowie lub pradziadkowie uczniów, którzy dobrze pamiętali czasy wojny. W rozmowach z Juszczynianami można było odnaleźć zarówno pozytywne, jak i negatywne wizerunki prześladowców, które wynikały często z osobistych doświadczeń, a także rodzinnych opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W tej niewielkiej wiosce, położonej na terenie Beskidu Żywieckiego wciąż żyją świadkowie historii z czasów II wojny światowej. Sytuacja ta sprawiła, że w świadomości społecznej utrwaliły się obrazy, prezentujące różnorodne oblicza okupantów i terenów, na które wysiedlani byli mieszkańcy Juszczyny.

Okupacja Żywiecczyzny w czasie II wojny światowej rozpoczęła się tuż po rozpętaniu konfliktu. Miasto zostało zajęte już 4 września 1939 r. a nieco ponad miesiąc później, dokładnie 8 października Żywiecczyznę wcielono do tzw. Prowincji Śląskiej II Rzeszy Niemieckiej[1]. Dokładnie sprecyzowany plan germanizacji Żywiecczyzny uderzał w każdą sferę życia. Likwidowano wszelkie oznaki polskości, począwszy od spraw urzędowych i administracyjnych, aż po ingerencję w prywatną korespondencję czy potoczną mowę mieszkańców Juszczyny. Każdy przejaw określenia się jako Polaka, oznaczał deportację lub wysyłki na przymusowe prace w Niemczech. W takiej atmosferze życia, już po kilku latach pojawiło się nowe zagrożenie, a raczej obawa mieszkańców przed dawno zaplanowaną akcją wysiedleń ludności z całej Polski. Na Żywiecczyźnie przynależność do narodu polskiego określiła wówczas zdecydowana większość, bo aż 96% ówczesnej ludności. Władze niemieckie w Berlinie stwierdziły w tej sytuacji, iż dokonanie germanizacji na wspomnianym terenie musi zostać spotęgowane poprzez przesiedlanie mieszkańców wsi, deklarujących się, jako ludność polska i osiedlenie na ich miejscach niemieckich osadników. Plan ten został zaakceptowany i nazwany Akcją Żywiec (Saybusch Aktion).

Do wysiedlenia na terenie wsi Juszczyna doszło nad ranem 31 października 1940. W celu osiedlenia niemieckich wysłanników w jak najlepszych gospodarstwach, władze niemieckie dokonywały selekcji rodzin, które zmuszane były do pozostawienia całego swojego dobytku. W sumie z terenów Juszczyny wysiedlone zostały 334 osoby z 64 rodzin. 2 listopada 1940 po dwudniowym przetrzymywaniu ich w tymczasowych obozach na terenie Żywca, odprowadzono ich na stację kolejową, skąd zostali wywiezieni do Sandomierza. Stamtąd zaś rozwieziono ich do biednych okolicznych wiosek, gdzie pomieszkiwali kątem wśród miejscowej ludności[2]. Na opuszczone gospodarstwa w Juszczynie sprowadzano niemieckich osadników, którzy otrzymywali ziemię wraz z inwentarzem i zabudowaniami w łącznej liczbie 15-30 ha. Według źródeł niemieckich z 64 majątków wysiedlonych z terenu Juszczyny utworzono 25 gospodarstw dla rodzin osadników niemieckich. Wysiedleni z kolei musieli na nowo zbudować sobie dom, często przerabiając stare szopy lub odnawiając zniszczone budynki, a pozostali w Juszczynie mieszkańcy byli zmuszeni do koegzystencji z „nowym” osadnikiem – nie dość, że „obcym”, to jeszcze okupantem.

W oparciu o fakty historyczne humaniści ze Szkoły podstawowej im. F. Polaka w Juszczynie postanowili zaprezentować je podczas obchodów 100 – lecia placówki z perspektywy mieszkańców. Zapisywane opowieści, zostały wykorzystane w trakcie historycznej inscenizacji losów Juszczyny. Można by sądzić, iż większość z nich prezentowała okres II wojny światowej skrajnie negatywnie prezentując sylwetkę Niemców. Jednak przedstawiane historie niekoniecznie traktowały stereotypowo naród Niemiecki, wręcz przeciwnie – często (poza nielicznymi faktami) okupanci z relacji mieszkańców ukazywani byli pozytywnie. Ten fakt był dla mnie zastanawiający. Początkowo uznałam, iż jest to efekt poprawności grona pedagogicznego, które, jak przypuszczałam, uznało, że nie należy prezentować wyłącznie negatywnych cech Niemców, co mogłoby nasilić relacje nienawiści u młodzieży szkolnej. Postanowiłam więc sprawdzić ten przypadek i dowiedzieć się, jaki był powód takiego zaprezentowania relacji pomiędzy Juszczynianami, a osadnikami niemieckimi. W rozmowie z nauczycielką, która była pomysłodawczynią wspomnianej inscenizacji o losach Juszczyny, twierdziła, że pomimo faktu uznawania Niemców za wrogów, większość starszych mieszkańców wsi przytaczało raczej pozytywne wspomnienia z udziałem okupantów przy jednoczesnej nienawiści do nich. Niewiele Juszczynian pozwalało sobie na stereotypowe potraktowanie Niemca we własnej opowieści. W nagraniach wywiadów zarejestrowanych przez nauczycieli odnaleźć można wiele interesujących przykładów dowodzących to stwierdzenie. Oto jeden z przykładów:

„O Niymcak to złe miałam zdanie, nie lubiłam ich, no, bo wiadomo- wroga trzeba nienawidzić. Nie miałam za co, ale byłam małą dziewczynką, no to tak se o tym myślałam. Jednego dnia wpadli do nas do chłupy dwaj Niemcy. Uni szukali jedzenia, ale ojciec myślał, że przyśli po nos. Krzyknoł jyno ze idom i wszyscy się na strychu schowali. Jo byłak w tyn cas nojmłodso, wleźli na strych ojciec i matka, wziyni Mańka i Kazie, a mnie nie zdążyli i łostałak na dole. Wrescałak straśnie. A Ci Niymcy jak to łusłyseli, to wleźli do chałupy. Jak łuwidzieli, ze jo krzyce i patrze na góre, to zacyni cosik wołać do łojca, zwlekli go stamtąd i wyłotali kiela wesło, pokazywali na mnie palcym, a jo się bała i wrescała. Pote wyśli, tak jako przyśli- jakby nic. Ojciec się nic nie lodezwoł, jo tez nic nie godała, ino na mnie warknął: No ji ło co becys!?”. Długok potym Niemców nie lubiła bo mi tate wybili, nale dopierok na staroś jak se tak pomyślała, to łuni go chyba wybili tymu, ze som się schłowoł, a dziecko łostawił. No i powiedzcie, jo sama teroz to nie wiym jak se tak pomyśle, cy łuni dobrze zrobili, cy źle. No a wojna to przecie nie przez tyk była co tu przyśli do chałpy- ba przez Hitlera, to jego trzeja nienawidzić (…)”.

 

Z zachowanego w pamięci mieszkańców obrazu przeszłości owych wydarzeń wyraźnie zarysowuje się pewien wizerunek przedstawicieli wrogich narodów. Paradoksalnie, wielu informatorów, którzy nie mieli z okupantami bezpośredniego kontaktu, częściej posługiwało się opisami stereotypowymi. Doświadczenia bliskich ze spotkania z Niemcem „twarzą w twarz” (rodziców, dziadków), przekazywane w formie opowieści rodzinnych, bardziej stereotypowo (negatywnie) wpływały na młodsze pokolenia, niż wśród świadków historii. Wydaje się więc, że w momencie braku codziennego kontaktu z osobą odmienną kulturowo, to właśnie stereotypy jawią się jako realne. Informatorzy, czasem nawet ci, którzy byli urodzeni po wojnie, zapytani o stosunki z Niemcami, odpowiadali:

„Ja Niemców to szczerze nienawidzę- to mówie prowde. Nieroz jak się filmy łoglondo a widzi człowiek co uni robili to tragedia! A tu na Juszczynie też byli, pamiyntom jak mama łopowiadali! Chodzili po chałpach, co jino było dobrego to zabierali, kradli tak, że tu ludzie głód cierpieli! Dla mnie to są oszusty i mordercy! Serca nie majom, żeby tak ludzi traktować”.

 

Mechanizm tworzenia się niechęci, uprzedzeń, odrzucania osoby odmiennej pod jakimkolwiek względem jest zawsze taki sam. Właściwie sam termin wprowadzony przez W. Lippmana w pełni uzasadnia wykorzystanie stereotypów w powyższej wypowiedzi. Badacz podaje, że stereotypy to uproszczone obrazy w naszych głowach, które stanowią reakcję na bodźce ze świata zewnętrznego, odpowiadające swoistym przetworzeniom w umyśle człowieka. Zdaniem Lippmana stereotypy są podstawowymi konstruktami naszych myśli, które przekazujemy z pokolenia na pokolenie. Dostarczają nam one energii życiowej, a nie obiektywnej wiedzy o świecie[3]. Jak jednak taka definicja ma się do mieszkańców, którzy jako dzieci mieli kontakt z okupantami, a obecnie opowiadają o nich mniej, niż o mieszkańcach terenów, na które zostali wysiedleni? Przecież koegzystowali z Polakami, mieli wspólnego wroga, a mimo to, w wywiadach częściej opisywali mieszkańców z okolic Sandomierza.

Jak podkreślali informatorzy, na terenach, do których zostali wysłani była straszna bieda, choć Żywiecczyzna w tamtym okresie również nie należała do bogatych regionów. Jednak Juszczynianie – jak opisuje to sam Pan Józef – byli na tyle zaradni i pracowici, że potrafili nie tylko przygotować miejsce do życia dla siebie i rodziny, ale także dorabiali pomagając tamtejszej ludności, która nie potrafiła wykonać czynności, które znali Juszczynianie. Pierwszym krokiem, by oswoić się z nową przestrzenią było więc zauważenie odmienności grup ze sobą koegzystujących. Zauważanie odmienności jest możliwe w sytuacjach naturalnych, a Juszczynianie niewątpliwie taką możliwość posiadali, w wyniku czego zauważali pewne (wydaje się, że czasem mało znaczące) różnice.

„Piwnice, to u nich nazywano „doły”. Były to dosyć walne doły wykopane w ziemi i przykryte gałynziami i słomą. Tam przetrzymywali plony. Tata pracowali łu gospodarza. Wykopali mu taki dół w ziemi i z gliny zrobili tam schody. Po tych schodach wygodniej wszystko się znosiło i wynosiło. Potem każdy chciał mieć takie schody do tych „dołów”. No to tata kapke tam zarobili na tych schodak i zaś było na jedzyni dlo nos”.

 

Juszczynianie w wypowiedziach wielokrotnie wspominali, jak traktowani byli w wioskach, do których zostali przesiedleni. Analizując te historie odnosi się wrażenie, że byli oni osaczeni z dwóch stron: z jednej realny wspólny wróg – okupant niemiecki, a z drugiej Polak z innego regionu, a więc również „obcy”. Znamienne, że w opowieściach na temat tamtejszej ludności nie pojawiały się wypowiedzi wyróżniające mieszkańców Kichar Starych w pozytywnym wydźwięku. Informatorzy często podkreślali, jak rodziny „wygnańców” wyróżniały się na tle tamtejszych mieszkańców. Wysiedleni z Juszczyny byli traktowani przez ludność ich przyjmującą niechętnie – przesiedleńców taktowano jak kogoś gorszego.

„Siostrę Antosię wzięli na służbę. Mama prządli u gospodyni, skubali pierze i pracowali  w polu. Jak jej dawali jeść, a ja tam przysłak, to mi nie dali. Z nimi jadłam z talerza. Tata całą zimę młócili cepami za jedzenie. Wygnańcami nas nazywali, mówili, że musieliśmy coś złego zrobić, to nas wygnali. Tacy byliśmy podejrzani. Wołali na mnie „dziewce od wygnańca”.  Po dziś dzień to pamiętam”.

 

Być może dlatego po latach informatorzy tak skrupulatnie starają się przywoływać historie, w których mogliby pokazać dominację Juszczynian nad społecznością wiejską z Kichar Starych. Owo górowanie Juszczynian nad miejscową ludnością objawiać się miało np. w pracowitości, zaradności, religijności itp. Prawdopodobnie te antagonizmy miały podkreślać odmienne zwyczaje, gwarę regionalną czyli najogólniej mówiąc odmienne pochodzenie Juszczynian, nazywanych tam „wygnańcami”.

„W domach tam nie było podłóg ino klepisko! Tu na Juszczynie to każdy już mioł podłogę. Tata umieli zrobić podłogę, no to sołtys z tyk Kichar wzion ik i pojechali po deski, oheblowali, no i zrobili w domu sołtysa jedynom we wsi podłoge!”.

 

Wyjątkowym podłożem, które sprzyja powstawaniu stereotypów są zdarzenia konfliktogenne, a więc wojna jak najbardziej zalicza się do tej sfery. Wówczas zintegrowane społeczeństwo wykazuje lojalność względem własnej grupy, stosując stereotypy, które dają im gotowy obraz świata, tym samym integrując grupę w momencie zagrożenia płynącego z obcych przekonań i wartości. Opowieści, do których wraca się po latach z pewnością zmieniają podejście do czasów II wojny światowej. Nie mając bezpośredniego „negatywnego” kontaktu z wrogiem wspomina się inne sytuacje – czasem nawet pozytywne, aby wyprzeć z umysłu przykre obrazy. Nie wiadomo, czy mieszkańcy Juszczyny zawsze mieli taki, a nie inny stosunek do Niemców i do Polaków, z którymi przyszło im żyć na obcym terenie. Być może z perspektywy czasu zmieniły się poglądy informatorów na tą sytuację. Zwłaszcza, że obecnie żyjemy w czasach pokoju, więc przywoływanie negatywnych odczuć i stereotypów w stosunku do okupantów jest zbyteczne i najprawdopodobniej nieświadomi jesteśmy tego, jak zareagowalibyśmy na widok Niemca, który raz jeszcze napadłby na Polskę. Stereotypy i myślenie negatywne pojawia się bowiem głównie w chwili ryzyka, kiedy chcemy dostrzegać różnice pomiędzy nami i wrogiem, by mieć poczucie wspólnoty z własna grupą. Można wiec przypuszczać, że najstarsi mieszkańcy Juszczyny, nie czując obecnie zagrożenia ze strony Niemiec, w swych wypowiedziach bardziej zwracali uwagę na nieprzyjemne wspomnienia z Polakami z innego regionu. Opisywali własne subiektywne odczucia, nie integrując się w danym momencie z typowymi często powielanymi relacjami powojennej Polski i Niemiec.

 

Bibliografia:

  1. W 70 rocznicę Saybusch aktion dla zachowania pamięci przyszłych pokoleń. Wysiedlenia ludności polskiej podczas II wojny światowej we wsiach dzisiejszej gminy Radziechowy- Wieprz. B. Husar, P. Dyrlaga. Żywiec 2009.
  2. Narody i stereotypy. T. Walas. Kraków 1995.

[1] W 70 rocznicę Saybusch Aktion dla zachowania pamięci przyszłych pokoleń. Wysiedlenia ludności polskiej podczas II wojny światowej we wsiach dzisiejszej gminy Radziechowy- Wieprz. Oprac. B. Husar, P. Dyrlaga. Żywiec 2009, s. 5.

[2] W 70 rocznicę Saybusch Aktion dla zachowania pamięci przyszłych pokoleń. Wysiedlenia ludności polskiej podczas II wojny światowej we wsiach dzisiejszej gminy Radziechowy- Wieprz. Oprac. B. Husar, P. Dyrlaga. Żywiec 2009, s. 34-36.

[3] J. Bartmiński, Nasi sąsiedzi w oczach studentów. [W:] Narody i stereotypy., Red. T. Walas. Kraków 1995, s. 258-260.