WIERZENIA I PRAKTYKI BACOWSKIE Z REGIONU ŻYWIECKIEGO

Wypasanie owiec było zajęciem popularnym i bardzo częstym na terenach południowej Polski. Na wielu halach, od Beskidu Śląskiego, aż po Bieszczady ukształtowały się specyficzne dla regionu zasady organizacji wypasu, wobec czego różnice w tym zakresie występowały nawet w sąsiadujących ze sobą terenach. Trochę inaczej wypasanie owiec wyglądało w Beskidzie Śląskim czy Żywieckim, Małym czy Niskim, na Orawie i Podhalu. Tematyka niniejszej pracy opiera się wyłącznie na tych elementach kultury, wierzeń i zwyczajów pasterskich, które dotyczą Żywiecczyzny. Dla lepszego zrozumienia i poznania specyfiki regionu żywieckiego konieczna jest znajomość jej podstawowych faktów z przeszłości, a także kultury ludności zamieszkującej okoliczne wioski. Kultura górali żywieckich ukształtowała się bowiem pod wpływem wielu różnych czynników. Na przestrzeni wieków przez określone warunki geograficzno-przyrodnicze, ale także ruchów osadniczych oraz wydarzeń historycznych nabrała ona specyficznych cech charakterystycznych dla tego terenu.

  1. Meres w jednym ze swoich artykułów napisała: „region żywiecki nazywany Żywiecczyzną jest regionem geograficznym, historycznym i etnograficznym, wyróżniającym się wśród pozostałych regionów górskich własnymi, odrębnymi cechami kulturowymi”[1]. Zarówno geografia terenu, czynniki historyczne jak i społeczno-ekonomiczne miały duży wpływ na ukształtowanie się Ziemi żywieckiej oraz rozwój charakterystycznych cech dla kultury ludowej tych terenów.

Położenie Żywiecczyzny na styku dwóch dużych krain historycznych: Małopolski i Śląska, a także ustanowionej na południu granicy państwa ze Słowacją, głęboko wpłynęło na losy tych ziem. Według wielu badaczy (zarówno etnografów jak i historyków) utrzymuje się teza, iż na terenach Żywiecczyzny przecinały się zagraniczne szlaki handlowe (m.in. ze Słowacją czy Morawami). Gdzieś na skrzyżowaniu tych szlaków, u podnóża góry Grojec, w miejscu gdzie rzeka Koszarawa wpada do Soły na przełomie XIII – XVI stulecia, założono miasto, które do dziś uważane jest za stolicę regionu – Żywiec[2].

Fala ludności osadniczej przybyła na tereny regionu żywieckiego już w XIII/XIV wieku. Początkowo trudniła się gospodarką rolną i zakładała osady na bardziej urodzajnych i łatwiejszych w uprawie terenach. Późniejsi osadnicy zaczęli gospodarować nowe osady na terenach wykarczowanych lasów. Pierwotnie strome i zalesione zbocza górskie oraz mało urodzajne gleby utrudniały prace gospodarcze, co spowodowało, że osadnictwo na tym obszarze rozwijało się powoli. Pierwsi górale żywieccy trudnili się głównie wyrębem lasów, obróbką drewna oraz rolnictwem, aż do czasu pojawienia się na tych terenach Wołochów. Był to punkt zwrotny w gospodarce ludności wiejskiej żyjących na tych terenach w XV wieku gdyż „Wzajemne oddziaływanie na siebie obu kultur: pasterskiej i rolniczej doprowadziło do wytworzenia się na terenie całej góralszczyzny kultury o cechach mieszanych”[3]. W tym okresie to istniały już takie wsie jak Milówka, Radziechowy, Wieprz, Cięcina, Lipowa, Pietrzykowice, oraz położone w bezpośredniej bliskości miasta wsie Zabłocie, Sporysz – które obecnie bądź nie istnieją, bądź są częścią obszaru miejskiego współczesnego Żywca. Wieś żywiecka, głównie pod wpływem kolonizacji wołoskiej, ukształtowała nowy typ gospodarki rolniczo hodowlanej, poszerzonej o sezonowe pasterstwo górskie. Od tego czasu coraz prężniej rozwijał się wypas owiec, opłacalny jeszcze w XIX i XX wieku[4]. Na przestrzeni czasów zaludnienie wsi, ich znaczenie i organizacja życia mieszkańców ulegały zmianom. Wraz z wyrębem puszczy wprowadzano inne źródła utrzymania, a rosnące zaludnienie sprzyjało kształceniu się fachów rzemieślniczych, dzięki czemu powstawali rymarze, kowale, cieśle, a także budowała się etniczna tożsamość mieszkańców oraz lokalna kultura i zwyczaje. W związku z przytoczonymi powyżej tezami, można przypuszczać, że ludność wołoska, która osiedliła się na terenach Żywiecczyzny już w początkach XV wieku, miała wpływ nie tylko na wiejskie stroje ludowe, w których powszechnie używanym materiałem była wełna owcza. Na przykładzie folkloru górali żywieckich można odnaleźć odniesienia do kultury wołoskiej, czego dowodem są przykłady pasterskich instrumentów ludowych (trombity, rogi pasterskie, piszczałki, okaryny itp.) jak również same melodie i słowa pieśni opowiadających o pracy i życiu baców, juhasów i pasterzy. Właśnie takich osób, nazywających się wyżej wymienionymi określeniami, starałam się znaleźć na dzisiejszych halach- położonych już znacznie niżej niż 50 lat temu.

Wśród badanych zdecydowaną większość stanowili mężczyźni, najczęściej trudniący się pasterstwem, jednak pośród nich znalazła się także jedna kobieta- niegdyś żona bacy, która doskonale pamięta dawne zwyczaje i wierzenia bacowskie. Obecnie jej syn (Stanisław Biegun) prowadzi niewielką halę na terenach Cięciny. Przedział wiekowy moich informatorów obejmuje od 44 do 85 lat. Oprócz ciekawych informacji udało mi się gdzieniegdzie wykonać kilka fotografii, które ukazują współczesne obrazy hali żywieckich. Wybrane fotografie opatrzone podpisem zostaną przedstawione w prezentacji przygotowanej na potrzeby niniejszej pracy.

Wbrew pozorom wiadomości o pasterstwie górskim należą do bardzo trudnej i obszernej tematyki, dlatego aby posiadać odpowiednie informacje i z łatwością móc porozumieć się ze swoimi informatorami, należało wcześniej zapoznać się z podstawowym nazewnictwem z zakresu kultury materialnej. Jednak, wiedza ta nie była aż tak przydatna jak wcześniej sądziłam. Podczas badań okazało się, że nazewnictwo sprzętów, osób itd. jest określane w różnoraki sposób nawet w obrębie sąsiadujących ze sobą miejscowości.

Początkowo podczas badań problem stanowiło także zyskanie zaufania informatorów- zwłaszcza starszych. Odniosłam wrażenie, że nie chcą opowiadać o praktykach magicznych i czarach, pomimo iż podczas powtórnych badań mieli w tym zakresie sporo do powiedzenia. Starając się słuchać w skupieniu i z zainteresowaniem tego, co chcieli przekazać informatorzy, zyskałam ich zaufanie i mogłam zauważyć, że starsi nadal głęboko wierzą w praktyki magiczne, które często są dla nich niewyjaśnioną zagadką. Najciekawsze zabiegi magiczne zostaną szczegółowo opisane w dalszej części niniejszej pracy.

 

W niniejszym rozdziale postaram się nie tylko opisać pracę na hali w regionie żywieckim, ale dzięki licznym wypowiedziom informatorów przytoczę także kilka ciekawych opowieści związanych z wierzeniami bacowskimi i „czarną magią”. Hodowla owiec, jako zajęcie okresowe rozpoczynała się wiosną, a kończyła późną jesienią lub początkiem zimy. Pod tym względem nie ma zgodności wśród informatorów, gdyż twierdzą oni, iż zależało to od gazdy. Mógł on zostawić owcę na tzw. jesiynke, oczywiście za dodatkową opłatą. Z reguły wszystkie owce z hal żywieckich nie schodziły z gór później niż po św. Michale. Rozpoczynając opis pracy na hali warto omówić jednak pierwszy moment „otwarcia” hali, który na żywiecczyźnie powszechnie nazywany jest redykiem Według informatorów redyk najczęściej miał miejsce w poniedziałek, środę lub sobotę, unikano zaś wyjścia w takich dniach jak piątek czy niedziela. Taki wybór dni nie został jednak uzasadniony. Jedna z informatorów powiedział jedynie:

Tak po prowdzie to jo nie wiym cymu tak bywało. Niedziela to pewnie tymu, ze to dzień Pajski, no a piontek… No to moze tymu ze Pan Jezus umar na krzyzu…

Współcześnie młodsi pracujący bacowie nie przywiązują do tego wagi. Przyznają nieraz, że czasami nawet lepiej zorganizować taki redyk w weekend, bo dziś to jest bardziej taka impreza niż uroczysta ceremonia. Zjeżdżają się wówczas turyści, stoją stoiska z rękodziełami ludowymi itp. W Korbielowie, jak wspomina informator, taka forma redyku stała się już niemalże tradycją. Niegdyś wyglądało to jednak nieco inaczej. Pan Władysław Kupczak, który bacował na Hali Lipowskiej w Cięcinie od 13 roku życia, opowiadając jak wyglądał redyk bardzo się wzruszył. Przed wyruszeniem baca klękał, kropił owce święconą wodą i znaczył znakiem krzyża, wspomina jednak, że niektórzy gospodarze, wyprowadzając je ze swoich przybytków, również czynili podobne zabiegi, aby owca pod koniec roku zdrowa wróciła do tego samego domostwa. Kiedy owce zostały już zagonione do kosora na środku wbijano w ziemię mojkę. Był to wierzchołek jodełki, rzadziej świerka, wokół którego trzykrotnie prowadzony był przez bacę kierdel owiec. W trakcie tego obchodu baca zwykle modlił się modlitwą „Ojcze Nasz” i „Chwała Ojcu” a także Anioł Pański, dlatego też na niektórych halach starano się, aby mieszanie odbyło się najpóźniej w południe. Następnie baca nadal odmawiając modlitwy sypał owcom sól, a za nim szedł juhas który obsypywał je kretowiną. Zabieg posypywania kretowiskiem został wspomniany przez dwóch baców pracujących w Cięcinie (Jan i Władysław Kupczak). Tłumaczyli oni, że wykonywano go, aby owce były tak samo tłuste i dorodne jak krety. Następnie po obsypywaniu solą okadzano owce ziołami święconymi na Matkę Boską Zielną lub gałązkami z palmy wielkanocnej. Na tym kończyła się ceremonialna część redyku, po której łowcorze (bo tak najczęściej określano pasterzy pracujących na halach żywieckich) zaczynali doić owce. Pan Tadeusz Stachowicz wspomniał, iż pamięta jak niegdyś właśnie podczas pierwszego udoju wydzielano przydział sera i masła na jedną owcę. Łowcorze patrzyli ile owca dała mleka i proporcjonalnie do ilości udoju z owcy właścicielowi należała się większa lub mniejsza część produktów mlecznych. Z czasem jednak zaniechano takich odliczeń i zaczęto porcjować przydział sera i masła równo od każdej owcy znajdującej się na hali. Niektórzy informatorzy twierdzą, że stara metoda została zaniechana przez nieporozumienia i bunty właścicieli owiec, gdyż nie wszyscy byli zadowoleni z takiego podziału (tłumaczyli, że tego dnia owca mogła być krócej na pastwisku itp.) Ciekawą historię usłyszałam od jednej z informatorek, Pani Marii Biegun, która jako panna pochodziła z biednej rodziny, a wyszła za mąż za młodego bacę. W świadomości mieszkańców urząd bacy w jednej osobie spełniał wiele różnych funkcji. Był uznawany zarówno za producenta produktów mlecznych, pasterza, znachora jak i czarodzieja. Z reguły pracujący na szałasie mężczyźni wywodzili się z rodzin o wielopokoleniowych tradycjach pasterskich. Starzy bacowie zawsze cieszyli się dużym autorytetem zarówno we wsi jak i poza jej granicami, być może powodem tego był fakt, iż nieomal każdy baca regionu żywieckiego posiadał swoją wiedzę tajemną, znał różne praktyki religijne i działania mające ochronić owce i szałas przed niebezpieczeństwami. Nie tylko rozumieli oni przyrodę, ale umieli z nią współżyć tak, aby była im przychylna i łaskawa. Pani Maria przychodząc do rodziny holników, jak sama ich określiła, wspominała, że była źle traktowana, zwłaszcza przez swoją teściową. Nie chodziło tylko o to, że uznawano ją za darmozjada, ale także często oprócz męża, nikt nie liczył się z jej zdaniem, była nikim i nie miała prawa w cokolwiek się wtrącać. Nie zapomniała jednak tego, co mówili jej ludzie z wioski, kiedy usłyszeli na zapowiedziach o jej ślubie:

„Ha! Maryśka idzies teroz do bagaczów- teraz się ło nic nie bydzies tropić!” A Pani by wiedziała jak to było ciężko- ile ja wypłakałam to tylko moje! Mąż poszedł na hale, nie było go cały czas, a ja musiałam zostawać z jego rodziną i byłam jak takie popychadło… A jak za niego szłam to koleżanki mi tak mówiły: „Oj Maryśka, ale Ci dobrze teraz!” Tak zazdrościły, a nie wiedziały czego. Za to chłopi starzy to opowiadali, że sie naucze czarować… Tak mi naopowiadali gupot o tym czarowaniu, że hej! A jak poszłam na redyk, to uwidziałam jak to czarujom! (śmiech) Jak łuni się ino modlili przy tyk łowcak.

Chcąc zwrócić szczególną uwagę na wierzenia i zabiegi, postanowiłam pominąć chronologiczny opis zajęć na hali. Wyróżnię głównie te z nich, które powiązane są różnego rodzaju działaniami bacowskimi. Jednym z takich przykładów jest rozkładanie soliska. Z reguły dwa razy w tygodniu owce gnano na solisko. Było to miejsce znajdujące się blisko źródełka, gdzie rozsypywano dla nich sól, w celu uzupełnienia diety w niezbędne składniki. Miejsce to dawniej trzymano w tajemnicy, aby nikt owcom nie zaszkodził. Wielu młodszych baców twierdziło żartobliwie, że dawniej wcale nie ukrywano soliska ze strachu przed czarami, lecz zwyczajnie z obawy, by ktoś soli nie ukradł. Starsi bacowie z powagą opowiadają, jak łatwo poprzez solisko można było wyrządzić drugiemu bacy szkodę. Oto jedna z zasłyszanych historii:

„Kiedyk był młody, bacowołek na Hali Lipowskij, jednego razu nie wiedziołek co się dzieje łowcom… Nojpierw się straśnie źle dojiły, a pote wymioncka zacyny jim puchnąć, krostowieć jaze w kojcu pore cołkiym straciło wymioncka. Nie wiedziołek co robić to zek poseł do starego bacy. Łun mi przykozoł, cobyk podnosił syćkie kamiynie jakie mom przy solisku- ze kiejsik lezom żaby, jaszczurki, nabo inne gady. Pote miołek je wyjonć i spalić w łogniu, a na koniec przenieś solisko w inne miejsce. Zrobili my tak i wszystko się sprawdziło- znaleźliśmy gada. Przyślimy na solisko a tam pod kamieyniem przygniecione gady. Zaroz chynyłek je do łognia i łowcom na trzeci dziyj już się nic nie robiło. Nale te co już wymie potraciły, były stratne i nie do łodratowanio.”

Takie i inne zabiegi stosowane przez baców żywieckich, miały wg nich nie tylko ochraniać stado, ale i zapobiegać wszelakim negatywnym działaniom konkurencji. W dużej mierze, jak twierdzą informatorzy, potrafili oni także swoimi zabiegami prowokować, wyrównywać rachunki, czy po prostu mścić się i działać na szkodę osoby która naraziła się bacy. Można by rzec, iż pod tym względem baca budził szacunek, jak i strach u większości ludzi zamieszkujących wsie żywieckie.

Jeden z młodszych informatorów pamięta historię opowiedzianą mu przez dziadka. Wynika z niej, iż powyższe stwierdzenia mogą mieć odniesienie w rzeczywistości. Podobno pewnego razu nieopodal miejsca gdzie baca wraz z łowcorzami doglądał owiec przechodziła pewna kobieta. Mijając ich nie zwróciła się do nich żadnymi słowy, całkowicie ich zignorowała. Urażony jej zachowaniem baca postanowił, że przez odpowiednie zabiegi magiczne ściągnie z jej krowy mleko. Informator doskonale pamięta, jak jego dziadek opisywał zabieg bacy, jednak nie potrafił wyjaśnić w jaki sposób się o tym dowiedział. Działanie bacy wyglądało następująco:

„Trzeja było wywiercić trzy dziurki w jakimś smreku, ino nie pamiyntom cy przy holi, cy przy chałpie tej baby… Pote trzeja podłozyć pod nie gieletke, a z łotworów zaroz zacynało kapać mlyko- i mój dziadek przysiyngoł się, ze to naprowde było mlyko. Pote ponoć ta baba wrescała, ze ij ktosik krowy zaurocył, i jakośik się dowiedziała, ze baca rzucił na jej krowy car, totez przysła ku niymu, postawiła butelke wódki i posła ku chałpie. Kie wróciła, podobno juz się ij krowy dobrze doiły.”

Otóż zakładając, iż niedoświadczony baca dawał owcom sól w dzień upalny, a następnie sprowadzał je do zimnego źródlanego wodopoju lub studni popełniał jeden z częstych błędów pasterskich, o których wiedzą doświadczeni holnicy. Słabsze owce, podobno na skutek takiego zabiegu dostają pryszczycy- o czym poinformował mnie jeden z wieloletnich baców. Istnieje jeszcze wiele zabiegów bacowskich, które stosowane były na halach żywieckich. Często jednak były one bardzo proste, kierujące się logiką, zaobserwowaną w świecie przyrody. Jeden z informatorów podawał kilka przepisów, które dawniej pomagały bacom poradzić sobie z chorobami wśród owiec.

„Kiej łowca miała pryszczyce na wymieniu, ratkach i pysku, mój dziadek przygotowywoł takom specjalnom maś. Jo tez jom robie, bo nojlepij działo. Trzeja jom samemu przywarzyj ze starej spyrki. Trzeja jom utopij i dodać do nij popiołu a jakiksik szmat nabo cego tam bydzie. Pote do tego sie dodaje się troche żwicy i jak się juz to ugotuje- pote się łodstawio i robi się maź. Una bardzo dobrze pomogo na rózne taki krosty i rany.”

Wg informatora tak przygotowana maść świetnie goi i wysusza oraz zapobiega ponownemu otwarciu rany przez pocieranie. Składniki przygotowywanej maści były pochodzenia naturalnego, dzięki czemu bacowie żywieccy wiele nie tracili próbując leczyć owce własnymi sposobami. Współcześnie również młodzi bacowie mają swoje naturalne metody leczenia zwierząt (głównie za pomocą medycyny alternatywnej) jednak w ciężkich przypadkach, choć zgodnie przyznają, że zdarza się to rzadko, wzywają weterynarza.

Z relacji badań wynika jednak, iż niegdyś często występowały sytuacje, kiedy baca przez swoją chciwość i złośliwość wiele wycierpiał, ale poprzez swoje czary narażał także innych. Jeden z informatorów wspominał sytuację, kiedy umierał jego sąsiad, również pełniący funkcję bacy na halach w Cięcinie. Z tego co zostało o nim powiedziane, był on mściwy i niezbyt przyjaźnie nastawiony do rodziny informatora. Podobno dysponował on nieco mniejszym areałem, co miało związek z ilością owiec na hali. Ze wspomnień pana Władysława wynika, iż był on odwiecznym konkurentem rodziny bacującej na hali Lipowskiej. Historia informatora została szczegółowo przedstawiona poniżej:

„Nie byde mówił jak się tyn chłop nazywoł, bo tak po prowdzie, to dalis sie go lynkom. Był un straśnie na nos zawźynty, a chocioz nicego mu nie brakowało, to robił ludziom na paskude! Tu komusik krowy zaurocył, zaś kaśik świnie nie mogli zabić, bo tez un tak pocarowoł. Un był czarownik,a mój dziadek też. Ale nie robił ludziom na krzywde… A tyn zaś, sonsiad, un robił zaś te czarnom magie. Jednego razu pamiyntom, ze nimoglimy zrobij mleka na hali! I dziadek wiedzioł ze to łun zacarowoł. Jakośik łodwrócił tyn car, nie pamiyntom jako. Kozoł nom piyknie wymyć wsyćkie gorki, gielety i puciery i dopiero się nom mleko zakeglowało. Tak potrafił robić na złe tyn baca. Ni i wiycie, jednego razu przyseł na niego cas… To un chyba za te krzywdy ludzkie, az trzy dni konał! Jeze dopiero jego baba przysła ku nom- do nasej chałpy i powiedziała, że on nas tam wszystkich woła. No to my pośli, do umirającego trzeba.I on do naszej rodziny, do wszystkich mówi tak: „Ja wam całe życie krzywde robił. Wybaczcie mi to wszystko… (Imformator rozpłakał się) Wybaczcie, bo inaczej nie umrę…” I mój tata i dziadek wybaczyli. I co? Do godziny chłop umar! Do godziny! To jak mój to dziadek widział, to sam przysiągł, że ze sobą do grobu czary weźmie, bo z tego nie ma nic dobrego. Mój tata go pytali, coby chociaż małe czary jakie mu powiedzieli- co na pogode abo na mlyko.. .Ale nic nie powiedział i umar. Od tego czasu nikt u nas na holi nie czarowoł, a już jo to w ogóle mało o tym wiedzioł.”

Przytoczona powyżej historia, wyjaśnia dlaczego rodziny bacowskie budziły szacunek wśród ludności wiejskiej, a zwłaszcza małorolnej. Z penością bogactwo rodzin „holników” miało pod tym względem duże znaczenie, lecz owy szacunek wynikał także ze strachu przed utratą dobytku. Możliwości i hipotez na temat szczególnego traktowania baców może być tyle, ilu badaczy zajmujących się takimi problemami. Z całą pewnością jednak, trzeba przyznać, że niezależnie od tego ile owiec liczyła hala, jaki areał pól posiadała, jak dobre sery produkowała, to w pamięci ludności terenów żywiecczyzny, zwłaszcza tej starszej części, utkwiła postać bacy, potrafiącego wyjść z każdej opresji dzięki swoim „nadprzyrodzonym” zdolnościom, bacy pewnego siebie i niezależnego.

Współcześnie obraz ten uległ diametralnej zmianie. Z pewnością nastąpiła ona tuż po II wojnie światowej, kiedy zmieniający się ustrój polityczny scalił znaczną część ziem prywatnych właścicieli, tworząc grunty państwowe. Wraz z postępem industrializacji, większość hali, nie tylko żywieckich, zaczęło upadać. Bacowanie w regionie żywieckim, było odtąd negatywnie kojarzone, a ludzie, którzy na niej w dalszym ciągu pracowali- w oczach ludności nie potrafili odnaleźć się w „nowym świecie”. Młode pokolenie (już znacznie lepiej wykształcone) opowieści o zabiegach bacowskich traktowały bardziej jako bajki czy legendy ludowe, nie traktowały ich zbyt dosłownie. Baca stracił więc zarówno status osoby zamożnej, jak i budzącej strach i szcunek. Praca na hali nie dawała już wielkiego zysku, więc nie było chętnych do tego zajęcia. Hale przeżywały kryzys. Od niedawna jednak sytuacja zaczęła ulegać zmianie. Wprawdzie w dalszym ciągu niewielu młodych chłopców decyduje się na pracę pasterską, jednak programy wspierające hodowlę owiec i zakładanie hali sprawiły, że także na Żywiecczyźnie zaczęły się one ponownie pojawiać. Przebywanie na hali nabrało zupełnie innego wymiaru. Raz w roku redyk staje się imprezą, na którą tłumnie przybywają miejscowi i turyści, któremu towarzyszy zgiełk i sprzedaż lokalnych pamiątek czy serków góralskich. W takim przedstawieniu, baca jest swego rodzaju atrakcją, często ubrany w strój góralski pozuje do pamiątkowych zdjęć. Tylko gdzieniegdzie, w nielicznych miejscowościach można jeszcze spotkać mały kierdel owiec, którym opiekuje się zapomniany stary baca, z tęsknotą wspominający czasy, kiedy to on we wsi stanowił „osobistość”.

 

Anna Tomiak

 

[1] M. Meres: Żywiecczyzna. „Nad Sołą i Koszarawą” nr 3 (34) (1999), s.1. <http://www.nsik.com.pl/archiwum/34/a6.html, (data odczytu: 10.03.2012).

[2] B. Rosiek, E.T. Filip: Strój górali żywieckich. Kraków 2009, s. 14-24.

[3] Tamże, s. 16.

[4] M. Kubica: Górale, Wołosi, zbójnicy. Historia górali od Pilska. Żywiec 2011, s. 18.