Wierzenia związane z ogniem w obrzędach Zielonoświątkowych we wsi Juszczyna.

Juszczyna to jedna z sześciu niewielkich wiosek wchodzących w skład obecnej gminy Radziechowy- Wieprz położonych w Beskidzie Żywieckim. Podobnie jak wiele innych tego typu wiosek na Żywiecczyźnie Juszczyna rozłożyła się w charakterystycznej kotlinie wzdłuż potoku o tej samej nazwie. Osadnictwo w częściach Kotliny Żywieckiej miało historycznie gospodarczo-eksploatacyjny charakter i polegało na lokowaniu wsi w dolinach w celu prowadzenia wyrębu pierwotnej puszczy beskidzkiej i prowadzenia gospodarki hodowlano-rolnej. Takie jest pochodzenie następujących wsi istniejących do dziś: Trzebinia, Świnna, Przyborów, Jeleśnia i Krzyżowa, Cisiec, Węgierska Górka, Milówka i Sól, opisana w niniejszej pracy Juszczyna. Wieś o powierzchni 1641 ha powstała w drugiej połowie XVI wieku. Od tego czasu kształtowały się na jej terenie zwyczaje i obrzędy charakterystyczne dla obszaru Żywiecczyzny.

Kultura górali żywieckich ukształtowała się pod wpływem wielu różnych czynników. Na przestrzeni wieków pod wpływem określonych warunków geograficzno-przyrodniczych, ale także ruchów osadniczych oraz wydarzeń historycznych nabrała ona specyficznych cech charakterystycznych dla tego terenu. Jak wspomniała M. Meres: „Region żywiecki nazywany Żywiecczyzną jest regionem geograficznym, historycznym i etnograficznym, wyróżniającym się wśród pozostałych regionów górskich własnymi, odrębnymi cechami kulturowymi”[1].

Niewątpliwie na taki stan rzeczy miały wpływ granice Żywiecczyzny, do których należy również granica państwa polskiego ze Słowacją. Kotlina Żywiecka i pasma Beskidów, w której mieści się region Żywiecczyzny tradycyjnie biegną: „(…) od Przełęczy Wilkowickiej poprzez pasma Małego Beskidu, po obu stronach rzeki Soły, rejonów Suchej, gdzie Beskid Mały poprzez pasemko Pawelskie łączy się z Beskidem Wysokim w rejonie pasma Babiej Góry, dalej granica biegnie na południu wzdłuż granicy państwa i wzdłuż szczytów Beskidu Wysokiego, zwanego w tej części Beskidem Żywieckim, po Przełęcz Koniakowską, dalej od zachodu granica ta biegnie wzdłuż pasma Beskidu Śląskiego /Barania Góra, Magurka Wiślańska, Zielony Kopiec, Malinowska Skała, Skrzyczne i dalej od Szczyrku poprzez zachodnią część Kotliny Żywieckiej po Bramę Wilkowicką[2]”.

Na terenach Żywiecczyzny przecinały się zagraniczne szlaki handlowe (m.in. Słowacja, Węgry), więc ludność wiejska (górale żywieccy) pod wpływem stykania się różnych kultur byli podatni na przyjmowanie różnych elementów kultury nie tylko materialnej, ale także obyczajów, muzyki itp. Początkowo strome i zalesione zbocza górskie oraz mało urodzajne gleby utrudniały prace gospodarcze, co spowodowało, że osadnictwo na tym obszarze rozwijało się powoli. Pierwsi górale żywieccy trudnili się głównie wyrębem lasów, obróbką drewna oraz rolnictwem, aż do czasu pojawienia się Wołochów. Był to punkt zwrotny w gospodarce ludności wiejskiej żyjących na tych terenach w XV wieku. Wieś żywiecka, głównie pod wpływem kolonizacji wołoskiej, ukształtowała nowy typ gospodarki rolniczo hodowlanej, poszerzonej o sezonowe pasterstwo górskie. Od tego czasu coraz prężniej rozwijał się wypas owiec, opłacalny jeszcze w XX wieku. Ponadto miasto Żywiec stało się ośrodkiem lokalnego handlu oraz ośrodkiem cechowego rzemiosła dla całego regionu.

Warto też wspomnieć o budownictwie ludowym w regionie żywieckim. Do elementów bardziej charakterystycznych należał dach gontowy; poza tym architektura żywiecka niewiele różniła się od innych góralskich domostw: pomieszczenia mieszkalne dzieliły się na izbę jasną i ciemną, nie brakowało pieca, ławy, stołu, a nad nim świętych obrazów, często dekorowanych kompozycjami bibułkowymi.

Przykłady tradycyjnej sztuki ludowej zachowały się w tym regionie jeszcze obecnie, czego dowodem mogą być liczne prace zachowane przez muzea po wystawach konkursowych. Są to głównie rzeźby, obrazy malowane na szkle, liczne przykłady haftów itd. Rzadkimi gałęziami sztuki ludowej jest m.in. wyrób instrumentów ludowych (fujarki, piszczałki, okaryny itp.), a także produkcja zabawek, kolorowych ptaszków czy w końcu kwiatów bibułkowych układanych w tradycyjne kompozycje (wieńce, drzewka).

Żywiecczyzna posiada własną gwarę, bogate zwyczaje i obrzędy doroczne, często związane ze świętami kościelnymi. Z obrzędowości okresu wiosenno-letniego warto wymienić Wielkanocny zwyczaj zatykania krzyżyków w ziemi w drugi dzień Wielkiej Nocy czy opalanie zboża przez młodych chłopców w drugi dzień Zielonych Świątek. W obrzędowości okresu jesienno-zimowego należy zwrócić szczególną uwagę na Dziady żywieckie, kolędowanie z szopką czy gwiazdą czy też wiele innych tradycji istniejących niegdyś w tym regionie.

Należy podkreślić, że w Juszczynie Zielone Świątki nie ograniczają się do samego uczestnictwa we mszy świętej. Wśród większości informatorów kojarzone są one z  Zesłaniem Ducha Świętego, ale w nieco innym znaczeniu niż powszechnie uznaje się to w Kościele Katolickim.  Nierzadko mieszańcy nie idąc w tym dniu do kościoła, pamiętają o rozpaleniu świętego ognia.

Przeprowadzając badania na terenie wsi Juszczyna zauważyć można, że z kościelnymi obchodami Zesłania Ducha Świętego w przeszłości (nierzadko dzisiaj) łączą się bogate obrzędy ludowe, kojarzone wśród informatorów ze świętem powitania wiosny, świętem rolniczym czy pasterskim, oraz ciekawymi zabawami i zwyczajami. W większości odpowiedzi pada stwierdzenie, iż Zielone Świątki przypadają na zakończenie okresu Wielkanocnego, a dokładnie pięćdziesiąt dni po Wielkanocy. Według starszych informatorów dawne przygotowania do Zielonych Świątek zaczynały się już kilka dni przed tym świętem, kiedy to młodzież jak i dzieci przystrajały domy zielonymi gałązkami. Zwyczaj ten nosił wg nich nazwę „mojenia chałup”, jednakże informatorzy nie potrafili podać genezy ani funkcji tego zwyczaju. Uważają jedynie, iż tak robili ich dziadkowie, a oni kultywowali ten zwyczaj w czasie gdy przyroda rozkwitała.

W przeszłości w dzień Zielonych Świątek różne grupy np. rodzina, młodzi ludzie wychodzili wysoko w góry aby rozpalić tam ognisko. Ważne było już samo wyjście w na polane, ponieważ gospodyni musiała odpowiedni przygotować się do tego wydarzenia. Z racji tego, że Zielone Świątki wypadały w okolicach przednówku to niewiele było już do jedzenia. Z tej racji jedynym rodzajem pożywienia były zbierane wcześniej kurze jaja. Do „kosołki” gospodyni wkładała więc chleb, jajka, łyżki oraz grubą, żeliwną patelnię. Chłopcy zaś, wcześniej w domach przygotowywali „kadubki”. Jak twierdzi jeden z informatorów wykonywane one były z takich materiałów, które dobrze się paliły. Są to więc swego rodzaju pochodnie, czyli grube patyki owinięte słomą lub szmatami, nasączone naftą. Gospodarz bardzo często brał ze sobą snopek słomy, który służył za podpałkę  zielonoświątkowego ognia. Zazwyczaj młodzi chłopcy odpowiednio wcześniej wychodzili by przygotować stos drewna, a gospodarz przychodził później. Na polanie spotykali się już wszyscy razem. Gospodyni zaczynała smażyć jajecznice, a młodzi donosili drewna itp. Przy tej okoliczności bardzo często pojawiała się tzw. „łokowita” czyli „gorzałka”. Przy ognisku pojawiali się często muzycy, tam śpiewano i nierzadko tańczono. Jednak jednym z najważniejszych elementów tego wydarzenia było tzw. „łopolanie” zboża.

Podczas owego opalania zboża, kawalerowie biegali z kadubkami po polach (z wcześniej przygotowanymi pochodniami odpalonymi od ognia zielonoświątkowego). Chłopcy zebrani w grupę biegli razem na swoje pola (po miedzach), wołając przy tym kilkakrotnie : „Łopol Boze moje zboze” czasami dodając przy tym „sonsiadowe jako mozes”. Jeden z informatorów dodaje, że czasami złośliwie można było zawołać „łopol boze moje zboze, sonsiadowe jako mozes, ale …….(podane nazwisko np. Kowalskiemu) nie, bo łun duzo zje!” Informator twierdzi,  że „nie było to takie bardzo złośliwe, a takie do pośmiania- tak se chłopczyska zartowały”.

Kiedy chłopcy już opalili wszystkie okoliczne zboża gospodarzom, którzy ich o to poprosili, wracali na miejsce gdzie rozpalone było ognisko by wspólnie z innymi świętować ten dzień. Zadając pytanie dlaczego opalało się owe zboża, odpowiedzi Juszczynian były różne. Starsi odpowiadali, że opalone zboże urośnie wysokie, bogate i że nie zniszczy go żaden grad, burza czy ulewa. Z tego wynika, że opalanie zielonoświątkowym ogniem spełniało funkcje ochronne i zapobiegawcze. O dziwo młodzi ludzie, choć współcześnie nie opalają już zbóż, wiedzą na czym polegał ten zwyczaj oraz co ze sobą niósł. Dodawali także przy tym, że takie opalanie zboża  miało również chronić przed urokami, zaklęciami itp. Można było jednak zauważyć, że mimo tej wiedzy nie wierzą w tego typu zabiegi w przeciwieństwie do starszych informatorów.

Zwróciłem uwagę, że w wielu przypadkach zielonoświątkowy ogień nie nosił znamion sakralnej mocy gdyż nie był poświęcony, lecz było to zwykłe ognisko. Zastanawiające więc było skąd bierze on swoją nadprzyrodzoną moc. Ku memu zdziwieniu jeden z informatorów odpowiedział wówczas: Nale myśmy zowdy jako młode chłopczyska przynosili łogiej z hole, a tam przeca łogiej mieli jaze łod Wielgij Soboty. Totes łun był Świynty. Zgłębiając się bardziej w tą informację dowiedzieć się można było, że 70 lat wstecz i wcześniej młodzi chłopcy, aby rozpalić ogień zielonoświątkowy musieli go przynieść z pasterskiego szałasu, gdzie od świąt wielkanocnych ogień ten podtrzymywali bacowie aż do tzw. „jesionki”: czyli momentu kiedy owce rozganiane były z powrotem do wsi. Dopiero później zwyczaj ten zaginął wraz z upadającymi halami ale zielonoświątkowy ogień nadal miał swoja nadprzyrodzoną moc.

Bardzo charakterystyczne we wsi Juszczyna, jak i w całym regionie żywieckim było skakanie przez ognisko. Skakali zarówno starzy jak i młodzi i choć nie można tego nazwać konkursem, to wielu informatorów wspomina o rywalizacji podczas której, chłopcy popisywali się jak najwyższym i najbardziej stylowym, udziwnionym skokiem, aby popisać się swoją krzepkością i gibkością zwłaszcza przed pannami. Podczas tych skoków nie było zwycięzców i przegranych, ale ewidentnie wyznaczano faworyta. Oprócz skoków nieodłącznym elementem towarzyszącym zielonych światków były śpiewy i najróżniejsze tańce.

Współcześnie zwyczaj ten w niektórych częściach wsi uległ radykalnej zmianie, a w innych wciąż jest podtrzymywany. W znacznej większości mieszkańcy Juszczyny, w poniedziałek po Zesłaniu Ducha Świętego zaniechali tradycję i masowo grillują, idąc za nowoczesną, wielkomiejską modą. Jednak równolegle wśród niektórych z nich wciąż podtrzymywana jest tradycja palenia ognisk. Wprawdzie tylko dwóch starszych informatorów przyznało, że nadal zdarza się im opalać zboże, jednak ten zabieg magiczny nie ma już takiej tradycyjnej, okazałej i wzniosłej formy. „Jo po dziś dzień łopalom zboze! Jo se nie wyobrażom zebyk nie robił tego co mój dziadek i łojciec. Jo mom wilgi szacunek do tradycji i jom naprowde podtrzymuje. Moji synowie już ze mną po polak nie goniom, bo nie są usuchliwe. Ni ma na nik rady i siły totez jo nie biegom juz ani nie wołom, ba mówie to „łopol boze moje zboze”.

Podczas współczesnych obchodów Zielonych Świątek, powiedzieć można, że ludzie jedzą i piją do syta. Dawniej była wyłącznie jajecznica, czasem smażona na „spyrce”. Dziś już powszechnie jada się kiełbasę, boczki i tego typu grillowe przysmaki, podawane z sałatkami czy sosami. W niewielu domach jada się nadal jajecznicę z ogniska. Niektórzy wspominają jedynie, iż jedzą jajecznicę przyrządzoną na patelni (na zwykłym piecu gazowym/elektrycznym) jako potrawa śniadaniowa w dzień Zesłania Ducha Świętego.

Jak twierdzą młodsi informatorzy, nadal utrzymuje się tradycja skoków przez ognisko, być może dlatego, że jest to forma pewnej rywalizacji, rozrywki i formy popisu przed resztą zebranych na ognisku.

Podsumowując, mimo iż hale i zwyczaj wyprowadzania owiec zanikł, w pamięci mieszkańców, z którymi udało mi się przeprowadzić wywiady, zachowały się obrazy i wspomnienia dotyczące obrzędów zielonoświątkowy. Współcześnie jedynie nieliczni podtrzymują wieloletnią tradycję palenia ognisk zielonoświątkowych w przed dzień Zesłania Ducha Świętego.  W większości przypadków zwyczaj ten sprowadza się do palenia ogniska lub grillowania w przydomowym ogrodzie.

 

[1] M. Meres: Żywiecczyzna. „Nad Sołą i Koszarawą” nr 3 (34) (1999), s.1. <http://www.nsik.com.pl/archiwum/34/a6.html, (data odczytu: 21.04.2012).

[2] Ibidem, s.1.